Die Große Kampagne

Teil VII

Minas Anghen - siedziba mrocznego kultu

18 Sommerzeit – 8 Vorgeheim 2510

Minas_Anghen.jpg

Po dwóch dniach marszu dotarliście do Minas Anghen – zamku położonego wśród wysokich skał. Pobieżne oględziny ujawniły, że do zamku prowadzi tylko jedna droga, która idąc po usypanym z ziemi krętym nasypie prowadzi wprost do bramy. Zamek wygląda na opuszczony, choć co jakiś czas na wysokim murze mignie postać strażnika. Próba wejścia główną bramą byłaby samobójstwem dlatego też bohaterowie zaczęli szukać innej drogi wejścia. I znaleźli.

Kilkaset metrów na prawo od głównej bramy ze skał wypływa niewielki strumień, który później płynie doliną aż do rzeki Ritz. Podkradli się pod miejsce skąd wypływa i okazało się, że nie bez problemów ale da się przecisnąć dalej i być może budowniczowie zamku pomyśleli o tym aby przez strumień można było wydostać się z zamku. Niemal godzinę przeciskali się przez wąską jaskinię brodząc w zimnym strumieniu aż dotarli do groty. Szybko zorientowali się, że znajdują się pod zamkową studnią, jednak sama świadomość nie ułatwia dostania się na górę.

Używając liny z hakiem do zaczepienia wdrapali się przez studnię do zamkowych piwnic, gdzie skradając się przeszli przez spiżarnie i jakieś magazyny i dotarli do dużego pomieszczenia w którym stało dwanaście łóżek na których spali jacyś ludzie. Za wszelką cenę nie chcąc wdawać się w walkę powoli przeszli przez salę nie budząc nikogo. Po odnalezieniu schodów dostali się do właściwego zamku, gdzie szybki rekonesans wskazał, że będą musieli dostać się do wielkiej wieży co było utrudnione gdyż była cały czas strzeżona.

Postanowili więc użyć podstępu i Oskar jako najbardziej zwinny przemknął się do stajni i podłożył tam ogień, a następnie wrócił do reszty nim płomienie ukazały się na zewnątrz. Podniesiono alarm i kto żyw ruszył do stajni aby gasić pożar i ratować zwierzęta. Korzystając z zamieszania drużyna dostała się do wieży. Na pierwszym poziomie były tylko stanowiska strażników dlatego od razu podążyli dalej. Kolejny poziom zawierał dwie sypialnie zawalone zwojami i księgami, lecz dalej nikogo nie spotkali.

Drzwi na trzeci poziom wieży były zamknięte ale Ismena otworzyła je za pomocą magii i znaleźli się w bogato urządzonym pokoju pełnym drogich mebli. Szybko rzucili się do przeszukiwania pomieszczenia ale prócz listów do różnych członków kultu oraz pewnych sum pieniędzy (które skwapliwie zabrali) nie było tam ani śladu poszukiwanej przez nich szkatułki. Ostrożnie ruszyli więc na kolejny poziom wieży widząc przez okna, że strażnicy ugasili już pożar stajni.

Na czwartym poziomie wieża była zupełnie pusta, o ile nie liczyć siedzącego na środku półnagiego mężczyzny. Jego nieowłosione ciało pokryte było istną mozaiką blizn jak od oparzeń, przed nim zaś leżał olbrzymi tępo wykuty miecz. Gdy bohaterowie weszli do sali człowiek wstał i wziął do ręki miecz. Próbowali się jakoś z nim porozumieć ale ten tylko przyjął postawę jak do walki i stał nieruchomo. Impas postanowił przezwać Gorim, który chwycił dwuręczny topór i zaatakował z siłą która przecięłaby zwykłego człowieka na pół. Ten jednak zręcznie zastawił się mieczem (jak można tak szybko machać tak wielkim kawałem żelaza?) i po raz pierwszy coś powiedział – w dziwnym, nieznanym języku – a jego miecz zapłonął żywym ogniem niczym ognisko.

Walka była trudna i przez większość czasu szala zwycięstwa przechylała się na korzyść dziwnego wojownika, który swym płonącym mieczem był w stanie nie tylko blokować ciosy Gorima, ale także pociski z procy Oskara oraz zaklęcia Ismeny, każda zaś rana mu zadana szybko zamieniała się w kolejną bliznę. Sytuacja była coraz cięższa, gdy krasnolud postanowił postawić wszystko na jedną kartę i zaszarżował osłaniany przez swych towarzyszy. Cios ognistego miecza rozdarł jego kolczugę i przypalił brodę, lecz topór Gorima trafił z całym impetem w korpus wojownika przebijając go niemal na wylot. Natychmiast ciało ich wroga objęły płomienie tak gwałtowne że musieli się wycofać pod ścianę, aż z hukiem ognisty miecz rozpadł się na setki kawałków a ciało wojownika zamieniło w pył. Zwyciężyli, ale to jeszcze nie był koniec i choć byli zmęczeni ruszyli do góry na ostatni poziom wieży – na dach.

Na dachu w tym czasie odbywał się tajemny rytuał klucza odprawiany przez dwóch kapłanów kultu i arcykapłana Mechileteka, którzy byli tak tym zajęci, że nie wiedzieli co działo się w zamku ani nawet piętro niżej. Nim zdążyli zauważyć co się dzieje Gorim potężnym ciosem ściął jednego z kapłanów, który stał do niego tyłem. drugi zaś zdążył jeszcze się obrócić i wyciągnąć długi zakrzywiony sztylet gdy został trafiony z muszkietu niziołka. Arcykapłan jednak tylko wykonał kilka gestów ręką i powietrze wokół niego zafalowało – otoczył się bowiem magiczną osłoną, która chroniła go przed wszystkimi atakami.

Śmiejąc się perfidnie i lżąc naszych bohaterów wykonał kilka kolejnych gestów i zaczął wznosić się coraz wyżej jednocześnie z dołu zamku dało się słyszeć alarm. Wydawało się, że już po nich, lecz nie poddawali się i ciągle próbowali pokonał osłonę arcykapłana. Wreszcie udało się do Ismenie, która przez kilka minut inwokowała zaklęcie (osłaniana przez pozostałych, gdyż wiszący w powietrzu Mechiletek zaczął atakować) aż gdy wreszcie je rzuciła wydawało się, że nic się nie stało, gdy nagle arcykapłan zachwiał się w powietrzu i z wyrazem bezbrzeżnego zdziwienia runął w dół na zamkowy dziedziniec niemal dwadzieścia metrów niżej.

Strażnicy byli już tuż tuż, lecz widok martwych kapłanów i samego arcykapłana oraz kilka szybkich zgonów we własnych szeregach rozbiło ich i tak już słabą wolę i kto mógł rzucił się do ucieczki. Drużyna też nie zamierzała zostać tu zbyt długo, nie wiedzieli czy kult nie ma jeszcze jakichś przykrych niespodzianek, dlatego też zabrali metalową szkatułkę, którą od tak dawna szukali i ruszyli w drogę powrotną, najpierw do Luisburga, a później omijając Neustadt powrócili do Wissenlandu do Geshburga.

W Gildii Magów w Geshburgu przyjęto ich ciepło lecz nagrodę wypłacono dopiero po dokładnym sprawdzeniu czy to co przynieśli jest rzeczywiście tym czego szukali. Odebrawszy nagrodę ruszyli w miasto by z radością wydawać dopiero co zdobyte pieniądze. Ismena tymczasem pożegnała się z nimi i ruszyła w drogę, dostała bowiem zadanie aby dotrzeć do Averheimu.

Oskar i Gorim chcieli spędzić w Geshburgu więcej czasu, lecz chwytając okazję jakie nie zdarzają się co dzień podjęli się eskortować małą karawanę kupiecką do Talabheimu.

Comments

TarMorgul

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.